piątek, 17 czerwca 2016

#1 "Teraz mam ciebie, zaraz możemy nie mieć niczego."




Zawsze. Na zawsze.

Moja przyjaciółka za nim odeszła, powiedziała:
- Choćby nie wiem, jak było źle. Masz zawsze mnie. Zawsze jestem przy tobie. Zawsze. Na zawsze.

*


Nazywam się Melanie. Mam osiemnaście lat, a właściwie to siedemnaście i pół. Nie różnię się niczym od pozostałych rówieśników, no może poza jedną rzeczą. Od urodzenia mam chore serce, więc nie mogę się przemęczać, co jest mi na rękę, bo nienawidzę wf’u! Lekarze mówią, że moje małe serce nie wytrzyma i już niedługo się zatrzyma. Każdy dzień, każda godzina, każda minuta może być moją ostatnią. A jednak, ja, nie przejmuję się tym. Co ma być, to będzie! Jestem gotowa. Byłam gotowa od dziesięciu lat, już nie jeden raz miałam bliskie spotkanie ze śmiercią, ostatnim razem miałam dwanaście lat. Głupia baba na wu’ie kazała przebiegnąć nam pięć kółek wokół boiska, chociaż mówiłam jej, że nie mogę, ale po co mnie słuchać, tak? Tak! Spędziłam jedynie jakiś miesiąc w szpitalu. I o mały włos nie umarłam! Więc i teraz jestem gotowa na kolejne spotkanie z Panem z Kosą.  Jednak, jeżeli mogę mieć jedno życzenie, to chcę skończyć upragnioną osiemnastkę. Chcę pierwszy – i ostatni – raz, wejść  do sklepu i kupić porządną whisky, nie po to, żeby ją wypić. Ale żeby móc pochwalić się swoim dowodem osobistym! 
                Jednak, jeżeli mogę coś zmienić, coś wybrać, wybiorę życie. Ale przecież nie mogę niczego zmienić, niczego wybrać, nic nie zależy ode mnie. Już od ponad pięciu lat czekam na nowe serce, które nie nadchodzi. Chętnych jest zbyt dużo, nie mogę ich za to winić, nawet nie próbuję w przeciwieństwie do moich rodziców. Są zdruzgotani moją sytuacją. Cóż, nie dziwie się. Też bym była na ich miejscu, ale jakie to szczęście, że nie jestem. I nigdy nie będę.  Czuję ile mi zostało, czuję jak czas przelatuje mi przez palce. Chcę zamknąć go gdzieś, ale nigdzie się nie da. On zawsze wygra.
                Po kolejnych comiesięcznych rutynowych badaniach, wracam do domu razem z moją mamą, która pierwszy raz od dłuższego czasu się uśmiecha. Lekarz musiał przedstawić jej nie najgorsze wyniki, to chyba dobrze. Lubię widzieć ją uśmiechniętą, lubię na nią patrzeć. Wtedy widzę siebie za dwadzieścia lat, a każdy wie, że nie dam rady nigdy tego zobaczyć. Jestem z mamą jak dwie krople wody. Chociaż uważam ją za dużo, dużo, dużo ładniejszą ode mnie. Nie jest wysoką kobietą, ale niską również. Jej wzrost jest idealny do tego, aby nosić sześciocentymetrowe szpilki, w których wygląda naprawdę dobrze! Jest jednym z lepszych prawników w naszym mieście, a mieszkamy w dość dużym mieście. Ma na sobie białą sukienkę z grubymi ramiączkami, bez dekoltu, a na niej założona czarna marynarka, na której przypięta jest złota broszka w kształcie róży, która idealnie pasuje do złotej bransoletki na jej prawym nadgarstku. Blond włosy ma upięty w zgrabny kok. To niesamowite, że kobieta przed czterdziestką jest taka szczupła i taka silna! Praktycznie biegnie w butach na obcasach trzymając w jednej ręce moją walizkę, a w drugiej swoją czerwoną torbę, laptopa i jeszcze siatkę z zakupami! Jak?! Naprawdę chciałabym być w przyszłości taka jak moja mama. Jest pogodną kobietą, której nie sposób nie lubić.
                - Mamo, może ci pomóc? – wymamrotałam, ale było mi głupio, że ona tyle dźwigała, a ja szłam sobie bez niczego, patrząc jak szybko jest w stanie mnie wyprzedzić. Zadziwiające.
                - Nie trzeba, kotku – uśmiechnęła się szeroko. – Colin? – spojrzała na mnie, a ja wgapiałam się w wyświetlacz telefonu.
                - Nie odbiera –odparłam smutno.
                Colin. Colin. Colin. Tak, jak już można się domyślić. Colin to mój chłopak, jesteśmy ze sobą prawie trzy lata, za trzy dni nasza rocznica! Uwielbiam go. Poznaliśmy się w szpitalu, kiedy miałam kontrolę, a on rozciął rękę, pomagając w kuchni. Więc tak, jest najgorszym kucharzem na świecie. Rozmawialiśmy chwilę, a później nasz kontakt się urwał, dopóki nie natknęliśmy się na siebie w miejskiej bibliotece. Wymieniliśmy się numerami telefonów i SMS’owaliśmy jak najęci, aż w końcu zaprosił mnie na pierwszą randkę i tak to się zaczęło. 
                Chwilę później znalazłyśmy się w domu. Mieszkałyśmy jakieś piętnaście-dwadzieścia minut od centrum miasta, w białym domu jednorodzinnym. Do drzwi prowadziła kamienna ścieżka, wzdłuż której kwitły róże, ulubione kwiaty mojej mamy. Po lewej stronie znajdowało się ulubione miejsce mojego ojca. Altanka i wielki grill! A po prawej duża trampolina, moje ulubione miejsce, chociaż nie tak bardzo, jak mój pokój! Za to moja mama swój świat miała za domem, ogród i szklarnia były jak część jej duszy. Zawsze mówiła, że gdyby nie została prawnikiem, to z pewnością zostałaby kwiaciarką.
                Nasz dom nie był wielki, ale mały również nie. Idealny. W sumie każdy na tej dzielnicy był taki sam. Trzecią pasją – i ostatnią! – mojej mamy dekorowanie wnętrz. Jak ma stać fotel, żebyś dobrze się czuła, coś chińskiego? Chyba tak. Więc wszystko musi być na swoim miejscu, bo ona wyczai nawet najmniejszy pyłek kurzu! To chore. Ale przynajmniej nie muszę sprzątać w swoim pokoju, a nawet gdybym chciała, to nie pozwoliłaby mi, przecież robię to źle. Jak można źle sprzątać?
                Rzuciłam się na swoje wielkie łóżko z fioletowym baldachimem i patrzyłam na sufit, który przypominał niebo. Jednak mój spokój zakończył się tak szybko, jak się zaczął. Do pokoju wparowała moja najlepsza przyjaciółka, którą znam odkąd pamiętam, Octavia.
                - Wróciłaś! – rzuciła mi się na szyję, kładąc się na mnie.
                - Nie było mnie dwa dni, spokojnie – wybełkotałam, krztusząc się jej ciemnymi włosami, które wchodziły mi do ust. 
                - Dla mnie to jak wieczność – wstała i usiadła na fotelu, poprawiając swoje brązowe włosy.
Octavia jest moim przeciwieństwem. Jesteśmy jak niebo i ziemia. Jak noc i dzień. Jak woda i ogień.  Ma czekoladowe włosy i do tego ciemne, jak noc, oczy. Jest szczupła. Ma kobiece, bardzo atrakcyjne, krągłości, chłopcy się za nią uganiają, chociaż połowę z nich przewyższa wzrostem. Kiedyś była jedną z cheelederek, ale zrezygnowała tak szybko, jak zaczęła. Ludzie ją uwielbiają. Ma coś w sobie, coś, co przyciąga ludzi, hipnotyzuje ich.  Zawsze znajduję się w centrum towarzyskim. Jeżeli Octavia nie pojawi się na dobrej imprezie, to ta impreza nie otrzymuje miana: dobra. Jeżeli ktoś jej naprawdę podpadnie to bardzo mu współczuję.            
                Ja mam jasnobrązowe włosy i niebieskie, jak ocean oczy. Nie jestem wysoka, wręcz ubolewam nad swoim wzrostem, czasami czuję się jak krasnoludek. Nie mam tak świetnego ciała, jak moja przyjaciółka czy moja mama, ale nie narzekam. Jeszcze jakoś się trzymam! Nie zadaję się z tyloma ludźmi, co Octavia. Mam kilkoro przyjaciół i to mi wystarcza. Nie szaleję na imprezach razem z nią, bo nie mogę i nie chcę.  Wolę siedzieć w domu i przeżywać kolejną książkę czy płakać przed telewizorem, bo mój ulubiony bohater właśnie umarł. Jestem jedną z lepszych osób w klasie, a Octavia ma problemy w nauce, więc czasami jej z nią pomagam, ale zazwyczaj wtedy robimy wszystko, oprócz odrabiania lekcji. Nawet nie ubieramy się podobnie! Ja gustuję w zwykłych jeansach i koszulach, a moja przyjaciółka lubi spódniczki i wysokie buty. Ludzie się dziwą, dlaczego się przyjaźnimy. Dobry Boże, nawet ja nie wiem dlaczego! Co do chłopaków też myślimy zupełnie inaczej. Ja gustuję w typie Colina, zwykły, normalny, uporządkowany chłopak. A Octavia lubi bad boy’ów. Podobno przeciwieństwa się przyciągają? 
                - Idziesz ze mną wieczorem na imprezę do Ash? – spytała, otwierając mojego laptopa i włączając facebook’a.
                Ash była jedną z lepszych koleżanek Octavi, ale i tak była bardzo podobna do reszty: bogata, piękna, sztuczna. Jedynym wyjątkiem było to, że jako jedyna nie udawała, że mnie lubi.
                - Eee… nie. – przygryzłam wargę, wpatrując się w wyświetlacz. Pusto. Nic. Zero wiadomości!
                - Nie daj się prosić, Mel – spojrzała na mnie i zrobiła kwaśną minę. – Będzie Toby – dodała, uśmiechając się.
                Toby to chłopak Octavi. Nie przepadamy za sobą. Jesteśmy zupełnie z dwóch różnych światów, on z tego mrocznego, a ja z tego czystszego. Mówiłam Octavi, że on nie jest dla niej! No halo, chłopak był karany? Ale co mogłam zrobić? Nie słuchała mnie. Chociaż, muszę przyznać, że od czas spotykania się z moją przyjaciółką, lekko wyporządniał. Lekko. To dobrze. Bo chyba naprawdę coś do siebie czują. W końcu to najdłuższy związek Octavi w życiu! Trwa jakieś dziewięć miesięcy? No dobra, z 3 przerwami, ale i tak ładnie im idzie.
                - Tym bardziej nie – rzuciłam oschle.
                - Nie musisz go lubić.
                - Ba! I nie lubię – przytaknęłam, rzucając telefon w poduszkę.
                - Ale musisz go akceptować – zrobiła poważną minę.
                - Och, Octavia! Robię to. Staram się.
Przyjaciółka wyłączyła laptopa i usiadła obok mnie na łóżku, bawiąc się pluszowym misiem.
                - To dlaczego nie chcesz iść? Nigdy nie chodzisz ze mną na imprezy, Mel. A bez ciebie to nie to samo. Lubię te wszystkie blond-laski, bardzo, ale chciałabym choć raz bawić się z moją przyjaciółką.
                Moje usta rozszerzyły się, bo chciały zaprzeczyć! Ile razy byłam z nią na tych głupich imprezach? Niezliczoną ilość razy! Ale wiem o co jej chodzi. Wiem, że chce spędzać jak najwięcej czasu ze mną zanim… ekhem, umrę.
                - Mam kolację z Colinem – wymamrotałam, opierając się o poduszki. – Ale ten idiota nie odbiera telefonu, więc jeżeli się nie zjawi to wpadnę – rzuciłam szybko i od razu zaczęłam tego żałować.
                - To mam nadzieję, że palant się nie zjawi – ucałowała mnie w policzek i wybiegła z pokoju, odczytując SMS’a. – Toby na mnie czeka, wyśle ci później adres Ash, trzymaj się!

*

                 Wieczorem nadal nie mogłam się dodzwonić do Colina, co mnie bardzo irytowało. Dlatego postanowiłam, że pójdę na tę głupią imprezę już dla świętego spokoju. Włożyłam na siebie zwykłą czarną sukienkę do połowy ud, rozpuściłam włosy na ramiona i namalowałam niezgrabne kreski eyeliner'em. Wychodząc z domu dostałam SMA'a od mojego chłopaka. Chwała Bogu! 
"Nie dam rady dzisiaj, zobaczymy się jutro?" Zaśmiałam się. Naprawdę? Bez żadnego wytłumaczenia, czemu do cholery nie odbierałeś cały dzień? Postanowiłam zignorować wiadomość i wyruszyłam na podjazd, gdzie czekała na mnie moja przyjaciółka z chłopakiem.
               - No, no - uśmiechnęłam się do niej szeroko - wyglądasz jakbyś miała złamać dzisiaj kilka serc - mój wzrok powędrował w kierunku Toby'iego - albo może tylko jedno - uśmiechnęłam się szyderczo i wsiadłam do samochodu. 
               - Ciebie też miło widzieć - odpowiedział sucho, miażdżąc mnie wzrokiem.
          W samochodzie panował chaos. Wszędzie leżały butelki po piwie, puste paczki po papierosach i... o Boże, czy to jest zużyta prezerwatywa? Fuj. Przeszły mnie ciarki.
               - Może czas tu posprzątać? - warknęłam w kierunku kierowcy.
              - Wiesz, kotku, zawsze możesz przejechać się autobusem - odpowiedział, ruszając z miejsca. Nawet nikt nie dał mi szansy odpowiedzieć, że to będzie bardzo dobry pomysł, ponieważ Octavia musiała się wtrącić, żebyśmy dali sobie spokój i bawili się. No dobrze, czas się wyluzować. Chyba potrzebuję się napić.


             Kiedy dotarliśmy na miejsce impreza trwała w najlepsze, kilka tuzinów pijanych nastolatków krzyczących do siebie i całujących się po kątach, tak naprawdę powinno wyglądać moje życie w wieku siedemnastu lat? Nie wiem, większość z niego spędziłam w szpitalnym pokoju podłączona do najróżniejszego sprzętu.
               Usiadłam na czarnej skórzanej sofie, na szczęście była pusta, ponieważ połowa idiotów tańczyła tak krzywo, że wpadali na ściany, a druga połowa idiotów śpiewała tak, jakby obdzierano ich ze skóry. Czy ludziom naprawdę podobają się takie zabawy? Albo ze mną jest coś nie tak. 
Alkohol. Potrzebuję alkoholu. 
1 piwo.
2 piwo.
1 shot.
2 shot. 
1 buch.
I ciemność. 



***

No hej, hej, hej!
Rozdział krótki, zwykły, taki sobie.
Ale jestem w miarę zadowolona.
Jeżeli chodzi o fabułę to się rozkręci, wszystko wyjaśni, więc spokojnie :)
Byłabym wdzięczna za waszą opinię, szczerą, bo to ważne dla mnie.
Pierwszy rozdział chcę zadedykować takiej jednej pani, która wręcz mnie zmusiła do tego, jak nie wyjdzie to będzie na ciebie! 


-

3 komentarze:

  1. Dało się wyłapać kilka błędów, pewnie wynikających z nie przeglądania tekstu przed dodaniem! Literówki głównie.
    Ogólnie zapowiada się ciekawie, chociaż początek nieco typowy. I postacie - ona dobra, uporządkowana, a jej przyjaciółka szalona i po prostu wow. Ona woli słodkich, spokojnych chłopców, jej przyjaciółka - bad boyów. Ughh. Ale mam nadzieję, że ładnie to poprowadzisz, więc wybaczę.
    Czekam na kolejny rozdział!
    Pozdrawiam cieplutko,
    Ines Olovram.

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie zamiast kliknąć opublikuj, kliknęłam wyloguj się. Ughhh.
    Ale zacznę od plusów, bo później jakieś pogłoski chodzą, że wredna jestem. Akurat.
    Opisy. Rany, opisy *.* Świetne przedstawienie głównych postaci, genialnie rozrysowana różnica między protagonistką a, no, resztą świata. Wręcz wyobraziłam sobie Mel i Octavię stojące przed lustrem, różne jak ziemia i niebo.
    Drugi plus - dialogi. Żywe, zabawne, realne, takie, które można włożyć bohaterom w usta bez cienia wstydu. Propsuję mocno.
    Chciałabym dowiedzieć się jednak czegoś więcej o chorobie głównej bohaterki. Wątek ten został praktycznie porzucony w drugiej połowie rozdziału, a przecież w pierwszej wydawał się wręcz najważniejszy.
    Mam jeszcze na uwadze dwa małe szczególiki: odmianę części mowy oraz miejsce stawiania przecinków...
    Ale cicho, na to tylko takie nerdy jak ja zwracają uwagę.
    Bardzo się cieszę, że wróciłaś do pisania i z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały!
    Weny! <3

    OdpowiedzUsuń
  3. No i pięknie, buziaki mała :*

    OdpowiedzUsuń